czwartek, 11 kwietnia 2013

Wykopaliska

fot. M.Sosnowski, skan  odbitki 10x15 z  przełomu lat 1996/1997.
Pomyśleć, że byliśmy największymi łobuzami na ul.Piątkowskiego 61...

Lata 90-te były dla mnie czasem dziwnym, choć beztroskim. Wczesne dziciństwo w Wągrowcu. Nie myślało się wtedy zbyt wiele o życiu, nie zwracało się większej uwagi na otoczenie i to co dzieje się dookoła, choć działo się naprawdę wiele. Siłą rzeczy były sprawy, które nie omijały nawet dzieciaków.

Do dzisiaj pamiętam, jak pewnego razu kolega przybiegł na plac zabaw z plikiem ulotek wyborczych Jacka Kuronia. Wyniósł je z domu, albo dali mu je rodzice. Tego już nie pamiętam. Błagał nas, abyśmy powiedzieli rodzicom by nie głosowali na Kwaśniewskiego „bo nie będziemy mogli bawić się całą paczką i nie będzie czekolady”. Tak rozumiały to 7-8 letnie dzieciaki straszone przez rodziców komuną, która wówczas nie była epoką tak odległą w czasie.

Dziś widzę, jak mocno to we mnie tkwi. Najwyraźniej  wszystko zalega gdzieś w otchłaniach mojej świadomości.

Ale jakoś się żyło. Rano szkoła, po lekcjach wieszało się klucz od mieszkania na szyję i znikało na resztę dnia w poszukiwaniu wrażeń na zapuszczonych podwórkach, czy w brudnych parkach. Były pite pod sklepem oranżady (takie prawdziwe) kupowane w zamian za butelki (zbieraliśmy je gdzie popadnie), szczeniackie wybryki, palone po krzakach papierosy i ucieczki przed zataczającymi się alkoholikami, którym lubiliśmy dokuczać w ramach rozrywki. Pamiętam nawet niektóre pijackie ksywki. Benny Kuleczka, Szatan Claus, Zgred, Dziadyga, Lucky Luke. Po latach mam wyrzuty sumienia, że ich tak dręczyliśmy, ale w Wągrowcu nie było zbyt wiele do roboty.  Często mieliśmy naprawdę głupie pomysły.

 Wszystko wydawało się sielanką, a sama mieścina ziemią obiecaną.

Zresztą... doskonale to widać. Na zdjęciu (mówiącym tak wiele, a jednak zrobionym z całą pewnością bez fotograficznej świadomości) jesteśmy  szczęśliwi.  Do  szczęścia wystarczyły nam trzepaki, dziury w płotach, oranżady, piaskownice i bazy w krzakach. Przed Amigą siedziało się jedynie w dni deszczowe.

Z biegiem lat człowiek nabiera do wszystkiego pewnego dystansu, zupełnie inaczej wszystko pamięta...lub zapomina. Wspomnienia zacierają się i blakną jak stare, kolorowe odbitki z wakacji czy szkolnej wycieczki do Ciechocinka.

Po latach stwierdziłem, że nie chciałbym fundować swoim dzieciakom takiego dzieciństwa. Nie tutaj, ponieważ mam bardzo dziwne wrażenie, że nie zmieniło się tutaj wiele poza fasadą.


Na dniach napiszę ciut więcej, szykuje się coś większego.



2 komentarze:

  1. beztroski dziecięcej na dorosłość nam brakuje. ja z tym kluczem na szyi po pracy bym biegała...

    ps. to zdjęcie suszarki z naczyniami, koreksem i innymi sprzętami jest świetne! moja kuchenna przestrzeń aż tak nie jest zawłaszczana w związku z, jakby to nazwać, pasją;) pozdr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety. Im jest się młodszym, tym mniej obowiązków i zmartwień się posiada. Ale dziś też ma swój urok :)

      P.S. Dziękuję, choć to akurat podręcznikowy przykład lekkomyślnego ignorowania podstawowych przepisów BHP w ciemni :)

      Usuń