fot. M.Sosnowski, skan odbitki 10x15 z przełomu lat 1996/1997.
Pomyśleć, że byliśmy największymi łobuzami na ul.Piątkowskiego 61...
Pomyśleć, że byliśmy największymi łobuzami na ul.Piątkowskiego 61...
Lata 90-te były dla mnie czasem
dziwnym, choć beztroskim. Wczesne dziciństwo w Wągrowcu. Nie
myślało się wtedy zbyt wiele o życiu, nie zwracało się większej
uwagi na otoczenie i to co dzieje się dookoła, choć działo się
naprawdę wiele. Siłą rzeczy były sprawy, które nie omijały nawet
dzieciaków.
Do dzisiaj pamiętam, jak pewnego razu
kolega przybiegł na plac zabaw z plikiem ulotek wyborczych Jacka
Kuronia. Wyniósł je z domu, albo dali mu je rodzice. Tego już nie
pamiętam. Błagał nas, abyśmy powiedzieli rodzicom by nie
głosowali na Kwaśniewskiego „bo nie będziemy mogli bawić się
całą paczką i nie będzie czekolady”. Tak rozumiały to 7-8
letnie dzieciaki straszone przez rodziców komuną, która wówczas
nie była epoką tak odległą w czasie.
Dziś widzę, jak mocno to we mnie tkwi. Najwyraźniej wszystko zalega gdzieś w otchłaniach mojej świadomości.
Dziś widzę, jak mocno to we mnie tkwi. Najwyraźniej wszystko zalega gdzieś w otchłaniach mojej świadomości.
Ale jakoś się żyło. Rano szkoła,
po lekcjach wieszało się klucz od mieszkania na szyję i znikało
na resztę dnia w poszukiwaniu wrażeń na zapuszczonych podwórkach,
czy w brudnych parkach. Były pite pod sklepem oranżady (takie
prawdziwe) kupowane w zamian za butelki (zbieraliśmy je gdzie
popadnie), szczeniackie wybryki, palone po krzakach papierosy i
ucieczki przed zataczającymi się alkoholikami, którym lubiliśmy
dokuczać w ramach rozrywki. Pamiętam nawet niektóre pijackie ksywki. Benny Kuleczka, Szatan Claus, Zgred, Dziadyga, Lucky Luke. Po latach mam wyrzuty sumienia, że ich tak dręczyliśmy, ale w Wągrowcu nie było zbyt wiele do roboty. Często mieliśmy naprawdę głupie pomysły.
Wszystko wydawało się sielanką, a sama mieścina ziemią obiecaną.
Zresztą... doskonale to widać. Na zdjęciu (mówiącym tak wiele, a jednak zrobionym z całą pewnością bez fotograficznej świadomości) jesteśmy szczęśliwi. Do szczęścia wystarczyły nam trzepaki, dziury w płotach, oranżady, piaskownice i bazy w krzakach. Przed Amigą siedziało się jedynie w dni deszczowe.
Wszystko wydawało się sielanką, a sama mieścina ziemią obiecaną.
Zresztą... doskonale to widać. Na zdjęciu (mówiącym tak wiele, a jednak zrobionym z całą pewnością bez fotograficznej świadomości) jesteśmy szczęśliwi. Do szczęścia wystarczyły nam trzepaki, dziury w płotach, oranżady, piaskownice i bazy w krzakach. Przed Amigą siedziało się jedynie w dni deszczowe.
Z biegiem lat człowiek nabiera do
wszystkiego pewnego dystansu, zupełnie inaczej wszystko
pamięta...lub zapomina. Wspomnienia zacierają się i blakną jak
stare, kolorowe odbitki z wakacji czy szkolnej wycieczki do
Ciechocinka.
Po latach stwierdziłem, że nie
chciałbym fundować swoim dzieciakom takiego dzieciństwa. Nie
tutaj, ponieważ mam bardzo dziwne wrażenie, że nie zmieniło się
tutaj wiele poza fasadą.
Na dniach napiszę ciut więcej, szykuje się coś większego.
Na dniach napiszę ciut więcej, szykuje się coś większego.

beztroski dziecięcej na dorosłość nam brakuje. ja z tym kluczem na szyi po pracy bym biegała...
OdpowiedzUsuńps. to zdjęcie suszarki z naczyniami, koreksem i innymi sprzętami jest świetne! moja kuchenna przestrzeń aż tak nie jest zawłaszczana w związku z, jakby to nazwać, pasją;) pozdr.
Niestety. Im jest się młodszym, tym mniej obowiązków i zmartwień się posiada. Ale dziś też ma swój urok :)
UsuńP.S. Dziękuję, choć to akurat podręcznikowy przykład lekkomyślnego ignorowania podstawowych przepisów BHP w ciemni :)