Samsungografia.
Coraz skromiejsza
ilościowo twórczość fotograficzna (przynajmniej ta, którą się
dzielę) nie sprawia, że jestem nieaktywny na polu
ogólnofotograficznym.
Jakiś czas temu
podarowano mi pod choinkę nowy telefon komórkowy. Nie byłoby w tym
nic dziwnego, gdyby nie to, że jest on wyposażony w elektroniczne
urządzenie zapisujące znajdujący się przed nim obraz do
postaci zer i jedynek. Zwiemy to po po prostu aparatem cyfrowym. Cóż.
Postęp dopada nawet takich retro-ortodoksów jak ja. Trzeba
się przyzwyczajać, choć np. z wygryzieniem Amigi przez
gówniane „klony” z chipami Intela nie pogodzę się nigdy.
W pewnym momencie
pojawił się więc dylemat. Do tej pory, wszelkie
zdjęcia o charakterze „dokumentacyjnym” wykonywałem aparatem
Zorki 1. To bardzo ważny dla mnie aparat. Został przywieziony do
Polski w 1956 roku (kilka dni po 28 czerwca) przez moją babcię,
Ukrainkę. Od tego czasu uwieczniał wszystkie ważne,
rodzinne wydarzenia. To było jego jedyne zadanie.
A teraz...jego
rolę przejmuje powoli nowy telefon. W chwili obecnej nie wiem co mam
o tym wszystkim myśleć. Niby jest to rozwiązanie wygodne, szybkie
i tanie (nie trzeba kupować negatywu/slajdu), ale średnio
jestem do niego przekonany. Znajomi, którzy widzą mnie z tym
urządzeniem w ręce (pozdrawiam Krzysztofie) również.
Nie o tym
chciałem jednak napisać.
Aparat może mieć
dziś każdy. Internet codziennie zalewany jest tysiącami (setkami
tysięcy?) różnych obrazów. Jedne są lepsze, inne gorsze.
Każdy może być fotografem, każdy może założyć na facebooku
stronę „Jan Kowalski Photography” i zamieścić ją w
rubryce „Artysta”. Każdy może założyć bloga takiego jak ten,
by móc publikować na nim cokolwiek. Nikt nikomu nie zabroni. I
bardzo dobrze. Egalitaryzm jest dla mnie czymś w gruncie
rzeczy pozytywnym. Elitaryzm kojarzy mi się ze
snobizmem, wywyższaniem się i chamstwem, czyli rzeczami, których
po prostu nie znoszę.
Jest jednak coś, co
mnie w tym wszystkim martwi. Jakieś dwa lata temu wspólnie ze
Świetlicą odwiedziliśmy pewien poznański salon fotograficzny. Nie
ważne w jakim celu. Ważne jest to, co wisiało na ścianie. Piękny,
przedwojenny portret w formacie 50x70 (lub nawet większym). Sepiowy,
wysuszony na blachę i należycie utrwalony baryt. Fantastyczny
kadr, genialnie uchwycony moment, wiernie oddane emocje. Ludzie jak
żywi, a robota po prostu mistrzowska. Obok wisiały współczesne
zdjęcia wykonane przez obecnego właściciela studia. Można o nich
powiedzieć tyle, że były ładne. Nic więcej. Fajne
foty słodkich bobasów, czy uśmiechniętych dzieciaków idących do
pierwszej komunii.
Boguś Biegowski,
który był wtedy z nami, skomentował to krótko: „ale fotografia
nisko dziś upadła.”. Wówczas nie wiedziałem o co mu
dokładnie chodziło. Teraz już wiem.
Fotografia była
kiedyś bardzo szanowanym medium. Nie była czymś powszechnie dostępnym, szczególnie w czasach, gdy „raczkowała”. Fotograf
miał w sobie coś z magika, choć wydaje mi się, że bardziej
odpowiednie byłoby tu przyrównanie go do alchemika –
balansującego na pograniczu świata nauki i kuglarstwa mędrca,
który w niezrozumiały dla reszty ludzkości sposób utrwalał obraz
za pomocą prymitywnych wówczas technologii. Z pewnością nie mógł
się tym zająć każdy. Wiedza nie była jedyną barierą.
Były nią także koszty. Fotografowaniem (nie tylko zawodowym,
ale hobbystycznym także) zajmowały się głównie osoby
zamożne i/lub wpływowe.
Swoistej rewolucji
dokonał w 1wszej połowie XX-wieku Kodak. Tanie aparaty typu box
zaczęły popularyzować fotografię wśród ludzkości. Dzięki
prostocie konstrukcji/obsługi i zastosowaniu w nich wygodnych błon
zwojowych, typowy John Smith mógł uwieczniać ważne dla niego
wydarzenia. Wywołaniem zajmowali się później dysponujący
drogim sprzętem specjaliści, więc przeciętny szarak mógł skupić
się na obrazowaniu.
Mimo rosnącej
popularności, fotografia wciąż cieszyła się szacunkiem. Odbitki
trzymano w albumach lub estetycznych ramkach. Fotografowano od święta
i raczej nie było ujęć przypadkowych, robionych dla zabawy.
Fotografia kosztowała i wymagała elementarnej wiedzy z jej zakresu. Należało kupić film, zapłacić za
wywołanie i czekać aż laborant zrobi nam kopie. Zdjęcia były cennymi pamiątkami i przykładano się do szeroko
rozumianego rzemiosła przy ich robieniu.
Dziś, widok wydruku
w antyramie (lub przyklejonego taśmą klejącą do ściany)
nikogo nie dziwi. Nie dziwi również to, co na tych zdjęciach
się znajduje. Selfie w brudnym lustrze? Żadna nowość. Chwalenie
się nowo zakupionym ciuszkiem/gadżetem na fejsie? Norma. Fota
„zmęczonych siatek” na na stronie typu „Spotted...”? Codzienność. Fajna
mina ukochanego pupila? Przecież każdy kliknie „lubię to” pod
zdjęciem kotka.
Tak samo jak pod
powyższą fotą, która sprowokowała mnie do napisania
powyższego. Postanowiłem zrobić pewną prowokację.
Sfotografowałem swój swojski obiad i umieściłem go na pewnym
portalu społecznośćiowym. Celowo posłużyłem się telefonem komórkowym. Gdybym zrobił to na filmie, ludzie zapewne zaczęliby podejrzewać, że coś jest na rzeczy.
Okazało się, że w ciągu trzech dni obiad pobił rekordy
popularności....a przecież to tylko zwykła, ociekająca tłuszczem
„śląska” walnięta na kupę niedosmażonej cebuli...
Wielu znajomych „lubi to”.
Lubi tego typu zdjęcia. Chyba nisko to wszystko upadło, skoro można sfotografować dziś tłustą kiszkę i spotkać się z taką aprobatą.
Bo jak inaczej to
rozumieć?