Skan diapozytywu Orwochrom UT20. Termin przydatności 1983. Proces 9165.
To jeden z moich pierwszych slajdów na Orwochromie. Nie miałem jeszcze wprawy w ich wywoływaniu.
Gdybym miał robić to teraz, dałbym więcej bromku do wywoływacza czarnobiałego i skróciłbym odrobinę pierwsze wywoływywanie by pozbyć się żółtej dominanty. Ograniczyłbym również ilość siarczynu sodu w wywoływaczu barwnym by uzyskać silniejsze kolory.
Ale slajdów poprawić się już nie da.
Nie pamiętam również, czy kiedykolwiek wrzucałem tu to zdjęcie. Niewykluczone.
Skan (bez korekcji barwnej) diapozytywu Orwochrom UT18. Termin ważnośći 1990. Proces 9165.
Myślałem, że po Fotonowskich kliszach nic nie jest już mnie w stanie
zaskoczyć. Okazało się, że bardzo się myliłem. Jakiś czas temu
dostałem dwie paczki starych, barwnych błon ciętych wyprodukowanych w
VEB Wolfen przez "Agfę" (zanim tą przemianowano na ORWO, co miało
miejsce dopiero w 1964 roku).
Była to dla mnie nie lada gratka, gdyż termin przydatności tego
materiału minął akurat wtedy, gdy poznańscy robotnicy wychodzili na
ulice walczyć o wolność i chleb. Best before 1956.
W praktyce okazało się, że moją głowę czekał kubeł zimnej wody.
Dostałem nieźle po łapach i wbrew pozorom nie chodzi tu o pokąsane
przez TSS ręce (ten środek od jakiegoś czasu wywołuje u mnie spore
uczulenie mimo stosowania grubych, atestowanych rękawic), czy sensjacje po formaldehydzie. Wydawać by się mogło, że w przeciągu kilku kolejnych lat nie nawącham się niczego gorszego niż fetor szwedzkiego Surstromminga. Cóż. Tu też się pomyliłem. Filtry klasy A1 nie nadają się do pracy z tym środkiem – odnotować.
Materiały barwne starzeją się inaczej niż czarnobiałe, ponieważ poszczególne
barwniki mają różną żywnotność. Jedne padają szybciej, inne
wolniej, co przeważnie kończy się jakąś dominantą, którą nie zawsze da
się okiełznać, czy przewidzieć. Odchylenia barwne nie były jednak
największym problemem.
Problemem nie był także rekordowy spadek czułości.
Koncepcja fotografowania na tym pamiątek Czerwca `56 przy pomocy obscury niestety odpada, nawet latem.
Najbardziej kłopotliwa okazała się sama, bardzo wiekowa emulsja, która
przy standardowej (trwającej ponad godzinę) obróbce potrafiła w
całości spłynąć z podłoża. Słynne „Orwo mać!”, czyli duma NRD i Deus ex machina.
Po kilku nieudanych próbach zorientowałem się, że w procesie należy ograniczyć kontakt z kwasami (czysta woda zamiast przerywacza) by nie fundować materiałowi zbyt dużych i gwałtownych skoków pH. Tego typu wstrząsy fundują pękające później purchle. Niezbędny też był garbnik. Gdyby nie fakt, że chciałem za pomocą tego zdjęcia uczcić
50-lecie marki ORWO, to dawno dałbym sobie z tym spokój.
Kadru nie mam jak pokazać, bo sprawę komplikuje piekielnie gęsta maska (to pozytyw na materiale negatywowym). Szkoda, bo ujęcie zaliczam bardziej udanych "salcesonów fotograficznych" mojego autorstwa.Najprościej zobaczyć to na żywo przy odpowiedniej ku temu okazji. Zdjęcia (nawet te cyfrowe) najlepiej oglądać na własne oczy, bez pośrednictwa monitora.
Morał z tego jest jeden i chciałbym się tutaj nim podzielić, gdyby
okazało się, że powyższe wypociny czyta jakiś podobny do mnie archeolog.
Oszczędność i poszukiwanie ciekawej, odpowiedniej formy to jedno.
Miejscem dla takich materiałów jest jednak muzeum, gdzie zresztą niebawem znajdzie się opisywana tu „Agfa”. Szkoda zdrowia i czasu na użeranie się z podobnymi zabytkami, choć to niezwykle cenne doświadczenie, a zabawa naprawdę była przednia. Wolny czas lepiej spożytkować na robienie zdjęć - jak nie na czymś świeżym, to przynajmniej na
czymś mniej przeterminowanym.
Kolory słabiutkie (za co częściowo odpowiada specyfika kamery otworkowej), ale całość zaskakująco dobrze działa pomimo upływu 58 lat od terminu ważności. Niemcy to jednak potrafili robić...U-booty i negatywy.
Skan odbitek barytowych 16x16. Ilford FP4 i Fotopan HL400.
W sumie to będzie
tak jakby o umieraniu. Zdjęcia z 1 listopada, święta zmarłych.
Śmieszna sprawa.
Czasem zdarza mi
się zastanawiać nad sobą samym. Od dłuższego czasu próbuję
określić, czy jestem „jeszcze stamtąd”, czy „już stąd”.
Zawieszony pomiędzy
dwoma miejscami. Człowiek właściwie znikąd. Wągrowczanin?
Poznaniak? Polak? Nie czuję, abym pasował do jakiejkolwiek z tych
szufladek.
Nie wiem, czy jest
jakikolwiek sens w tym, by poszukiwać tego skąd się pochodzi.
Nawet ciekawostki z własnych drzew genalogicznych mogą być
zwyczajnie zatrważające, więc czasem lepiej nie szukać prawdy.
Coraz częściej
dochodzę do wniosku, że tak naprawdę kiepsko znam swoje rodzinne
miasto. Wągrowiec, który znam/znałem istnieje jedynie w mojej
świadomości. Bywam tu rzadko, kompletnie nie wychwytuję
zachodzących w tym mieście zmian.
Jestem święcie
przekonany o tym, że wciąż znajdę tu filię Zakładów im.
Hipolita Cegielskiego, restaurację „Cysterską”, czy
nieistniejącą już od kilkunastu lat cukiernię „Hawana”, gdzie
jako dzieciak zajadałem się słodkimi aż do porzygu bezami. Mój
umysł nie rejestruję rozkładu i znikania takich miejsc. Każda
wizyta kończy się szokiem, bo człowiekowi wciąż wydaje się, że coś nadal trwa. Okazuje się jednak, że nie ma tego już od
kilku(nastu?) dobrych lat.
Wyjeżdżając stąd na przełomie 1996/1997 roku zapamiętałem to wszystko inaczej.
Trzeba pogodzić się
z tym, że nie ma już miasta ze wspomnień. W jego miejscu
funckonuje obecnie zupełnie inny, obcy twór: miasto rond, koni
trojańskich (zwanych dyplomatycznie supermarketami), wilków z Wall
Street i trumien (bo w czymś trzeba chować miejscowych
samobójców).
Stary, znany mi
Wągrowiec zmarł już dawno temu. Postanowiłem zapalić mu
fotograficzny znicz w postaci powyższego dyptyku.
Może czas zacząć
odkrywać miasteczko na nowo? Fotografować tu i teraz. Nie ma
przyszłości, przeszłości nie ma również. Nie sposób odnaleźć
minionego czasu bez robienia odbiorcy w konia za pomocą mniej lub
bardziej skomplikowanych zabiegów formalnych.
(A jeżeli już o formie mowa, to Xtol bardzo dziwnym środkiem jest. Sprawia wrażenie, jakby podwyższał efektywną czułość tak jak Hydrofen)
Skan odbitek stykowych 9x12. Fomabrom. Płyty szklane Foton GO 3.0. Termin przydatności 1965.
Ludzie wiedną jak liście.
Z każdą sekundą umieramy starzejąc się. Trujemy się
zanieczyszczonym powietrzem, używkami, wzajemnym jadem, śmieciowym
jedzeniem i śmieciowymi umowami.
Swoją drogą, mam najfajniejszą na świecie matkę. Mama potrafi
obsługiwać aparat wielkoformatowy, więc drugie zdjęcie jest w sumie jej autorstwa.
Dochodzę do wprawy, czyli Arek. Wpadł
wywołać slajd, wrócił do domu z portretem.
Zrezygnowanie z czarnej płachty było
dobrym posunięciem. Przy jaśniejszym tle, włosy portretowanych nie
zlewaja się z otoczeniem, a cały ten ciekawy „sznyt”, jaki
oferują płyty wychodzi na wierzch. Klawo.
„Pływanie pod prąd bardzo wyrabia
mięśnie” - Z.Herbert.
Kij od szczotki, kilka kształtek
hydraulicznych, uchwyt do flagi, gąbka do mycia garów...i jest
statyw na głowę. Niecała godzina roboty.
Zauważyłem, że skrajnie zadymione
materiały w pewnym momencie zwyczajnie przestają reagować na
bromek. Kiedyś trochę o tym czytałem, lecz dopiero przedwczoraj
zobaczyłem to w praktyce. Podbicie jego ilości do 20 gram
spowodowało jedynie spory spadek czułości przy jednoczesnym
wzrośćie kontrastu. 15-17,5g to chyba złoty środek. Cóż zrobić,
przy 5 czy 10 gramach nie pojawia się nawet obraz.
Poza tym, szkoda materiału na
eksperymenty, jestem zadowolony z tej formy. Losowe plamy, czy
defekty emulsji takie jak dziury, retykulacja czy jej miejscowe
spływanie dostarczają mi podobnych wrażeń jak kolodion. Każde ze
zdjęć żyje swoim własnym życiem (dlatego warto uprawiać
fotografię w jej materialnej formie), a loteriada jaka towarzyszy
każdemu ujęciu sprawia, że efekt jest nie do powtórzenia. Gdyby
wszystko było na jedno kopyto, byłoby po prostu nudno. To fajna
zabawa przy okazji której coś powstaje.
Chyba więcej z tego nie wycisnę. W
końcu to materiał graficzny, pozbawiony większości półtonów.
Zamiast półtonów, mam na kilku
płytach całkiem sympatycznego grzybka. Ciekawe ile ma lat?
Skan stykówki na papierze Fomaspeed. Płyta graficzna 9x12 Foton GO 3,0 z terminem przydatności 1965. Wywoływacz Foton N-9 z dodatkiem 12,5g Kbr (łącznie 17,5g) na litr.
Cieżko mi naświetlać czułość 1 ASA / 1 DIN moim sprzętem, ale przynajmniej mam okazję by podszkolić się z techniki otwartego flesza.
Darowany materiał (dziękuję L.S) zobowiązuję do robienia na nim zdjęć. Płyta szklana (czyli prawdziwa klisza) kojarzy mi się wyłącznie z portretem, więc postanowiłem się przemóc.
Portretowanie ludzi jest nawet fajne, chyba cieszą się jeszcze bardziej niż ja.
Z odbitek na barycie pewnie też będą się cieszyć.
Trzeba tylko go dokupić przy okazji zamawiania emulsji.
Dobrze też wiedzieć, że mam pod domem szklarza.
P.S. Gdyby ktoś dysponował niepotrzebnym statywem do podpierania głowy, to chętnie bym go przygarnął, odkupił na raty lub pożyczył na dłuższy czas.
Na dobitkę Fotonbrom z terminem
ważności do 1987 roku.
Za rok będzie 28 DIN, czyli negatyw będzie forsowany kosztem szczegółów na fotografii. Zupełnie jak u ludzi. Z wiekiem tracimy fizyczną jakość.
A ziarno? Jest jak zmarszczki.Prędzej czy później pojawi się nawet na mniejszych formatach.
Nie wiem czy powyższy kadr powstał
bardziej z okazji urodzin, czy raczej z okazji zbliżających się
wyborów.
Tak czy inaczej, zdjęcie zrobiłem po
6 rano, przed wyjściem do pracy miałem wywołany negatyw, a do
wieczora doschnął mi baryt. Czasami sam siebie zadziwiam.
Ale jako ktoś, kto w Zespole Szkół nr 5 im. Bolesława Chrobrego w Poznaniu prowadził z młodzieżą pinholowe warsztaty.
Warsztatowicze byli raczej zadowoleni.
Niektórzy chcieli biec prosto z zajęć do pobliskiego sklepu po papier, wywoływacz i utrwalacz. To spory sukces. Nawet jeżeli dotyczy tylko jednego przypadku. Fajnie gdyby chłopak wytrwał w swoim postanowieniu i coś dalej w tym kierunku robił.
Nie wiem jak skanować by wszystko miało ręce i nogi, choć zdjęcie i tak określam jako "Trochę Foma mać, trochę Orwo, trochę nieszczelna kaseta(?)". Chyba nie powinienem się tym jednak przejmować. Wszystko co tu umieszczam to jedynie materiał poglądowy.
Skan negatywu 18x20.Kadrowanie (analogowymi) nożyczkami, inwersja w Gimpie.
W moim pokoju. Pomijając maskę, sfotografowałem to tak jak stało.
W zeszłym roku nie brałem udziału w Światowym Dniu Fotografii Otworkowej, bo byłem zajęty psioczeniem na Czernobyl i zwyczajnie zapomniałem o całej sprawie.
W tym roku zmobilizowałem swojego otworkowego drewniaka. Jego budowa trwała dobry tydzień, więc szkoda by się kurzył.
Otworzyłem migawkę na 12 godzin i pojechałem bawić się wielkim formatem.
W całym tym Wielkanocnym szale (w dużej mierze sponsorowanym przez Polmos) zapomniałem otworzyć w Zorce przesłonę. Jedynym ratunkiem dla tej klatki jest prawdopodobnie skaner.
Mimo wszystko, ujęcie postanowiłem sobie zostawić. Babcia bardzo rzadko pozwala się fotografować.
Do napisania poniższych wypocin
zmusiło mnie nie tyle ostatnie osiągnięcie, co coraz częstsze
pytania (czasem nawet wręcz pretensje) ludzi, którzy nie potrafią
zrozumieć czemu od czasu do czasu fotografuję dla kogoś za darmo.
Pojęcia takie jak wrażliwość,
osobisty światopogląd, emocje i wewnętrzne, prywatne przeżycia
nie są na sprzedaż. Przynajmniej nie powinny. To nie ujęcia
paparazzi, o które zabijają się brukowce. Wszak na zdjęciach
umieszcza się cząstkę siebie...a oddawanie się komukolwiek w
zamian za pieniądz ma już swoją nazwę od wielu stuleci .Oczywiście, nie oznacza to, że postrzegam w ten sposób innych, którzy czerpią różne korzyści ze swoich kadrów. W moim przypadku, zamiast
kupczenia, wolę się tym wszystkim po prostu podzielić.
Może i należałoby odgraniczyć ducha
od ciała, ale zdjęcia są dla mnie kwestią na tyle osobistą, że jest
to chyba w zasadzie niemożliwe. Tym samym, nie wiem czy prędzej czy
później nie skasuję tej strony i nie zacznę działać pod jakimś
pseudonimem. Moment przełomowy jakim jest zakup nieskomplikowanego
aparatu wielkoformatowego firmy Ica Dresden jest dość dobrym
pretekstem.
Fotografia jest dla mnie pewną formą
ucieczki. To pewien alternatywny (i zapewne wyidealizowany) świat,
który rządzi się własnymi prawami. Ten, kto zna choć trochę polską muzykę punk-rockową, powinien wiedzieć o co chodzi. Nie więc sensu się rozpisywać. Gdybym miał czerpać ze
swoich zdjęć jakiekolwiek korzyści materialne, to już dawno
przestałbym szanować to co robię. W moim świecie nie wszystko
jest na sprzedaż. Poza tym, nie uważam żeby cokolwiek z mojej
twórczości kwalifikowałoby się do wyceny.
Może i trzeba włożyć coś do
przysłowiowego gara, a to co napisałem jest naiwne i/lub wyolbrzymione.
Mam jednak nadzieję, że życie nigdy nie zmusi mnie do handlowania
własnymi ujęciami. Po prostu chciałbym, aby któregoś dnia przy
ul. Skockiej w Wągrowcu chowano do ziemi uśmiechniętego,
zadowolonego z siebie trupa.
Skan diapozytywu Orwochrom UT20. Wywołany w dedykowanym procesie C9165. Termin ważności 1983 lub 1988 (data nieczytelna).
Skan negatywu Orwocolor NC3 wywołanego jako slajd (cross) w procesie C9165.
Termin ważności minął ok. 1975 roku.
Czas działać dalej. Mam już pewien plan (jest plan, jest klawo jak cholera), a po niedzielnej próbie już wiem jak zamierzam go zrealizować.
Szkoda, że nie udało mi się zrobić dobrej fotografii dębieckiego "bohomaza" (tak nazywali go mieszkańcy ul. Wiklinowej). Niestety, miesiąc temu go rozebrali.
Gdyby nie pewien blok, oglądałbym go codziennie przez okno.
Skończyłem prace nad wywoływaczem.
Jak na 27 DIN, mały obrazek i radziecką optykę jest całkiem
klawo. Ostry i dobrze wypracowany negatyw zawsze można spieprzyć
przy odbijaniu.
(oczywiście, gdy najdzie człowieka
taka ochota).
Odwrotna kolejność nie zawsze jest
możliwa, więc lepiej mieć dobry materiał wyjściowy. Tym samym,
warto poszukiwać i kombinować, choć od paru dni uporczywie
uskuteczniam naświetlanie zdjęć na szmatach.
W okolicznych lumpeksach powoli zaczyna
brakować prześcieradeł, ale dzięki temu zaczynam panować nad
procesem.
To jedno z dwóch zdjęć, które udało
mi się jeszcze upolować. Niestety, już wyłażą.
M.Raczkowski
Poczekam jeszcze parę tygodni by
powtórzyć ten kadr. Po pojawieniu się pierwszych liści, zdjęcie
będzie miało równie ciekawą (choć odrobinę inną) wymowę.
Skan odbitki ok 20x20 cm + ramka i taśma, czyli takie tam z Rolleicorda.
Prawdopodobnie jest to ostatnie zdjęcie z tej serii/cyklu. Niestety coraz trudniej o właściwe światło, które tak bardzo jest mi do tych ujęć potrzebne.
Być może dokończę to w przyszłym roku.
Upierdliwe słońce jest jednak całkiem fajne do Orwocoloru, mam jeszcze kilka rolek starego (ale czy dobrego?) UT18.
Oprócz aspektów czysto praktycznych (te śmiecie mają dziś bardzo niską czułość, lodówkowego rekordzistę szacuję na 1-3 DIN), to silne słońce bardzo mocno kojarzy się nam z barwną fotografią amatorską, szczególnie w rodzinno-pamiątkowym wydaniu.
Lecz czy tylko amatorską?
Rynek w Chodzieży 1986, skan pocztówki wyd. KAW.
To moja ulubiona pocztówka...chyba ze względu na tą czarną Wołgę. O zgrozo, ona istnieje.
(Choć mnie straszono już Cyganami, lecz Ci na szczęście nigdy mnie nie zabrali, gdy byłem niegrzeczny. Mimo wszystko, po dziś dzień panicznie się ich boję.)
Żyję prawie 27 lat, a nigdy dotąd nie zawitałem na wągrowieckim Berdychowie. W mglisty, pierwszomarcowy poranek
zapuściłem się tam po raz pierwszy, choć głównym celem moich
odwiedzin było obejrzenie i ewentualny zakup wymarzonej kurtki.
Aparat zabrałem ze sobą przy okazji. I tak zamierzałem sprawdzić
działanie ostatnio opracowanego, autorskiego wywoływacza na bazie
klasycznej formuły Beutlera. Jestem bliski uzyskania środka, który będzie spełniał wszystkie moje oczekiwania. Z poczciwego Heliosa można jednak bat ukręcić.
To specyficzne miejsce, które znacznie
różni się od pozostałych części mojego miasta. Może chodzi o
nazwy (szczególnie te dawne) ulic ? Rodzaj zabudowy? Położenie na krańcu miasta? Możliwe. Choć nie znam historii tego miejsca, czułem
się tam podobnie jak na poznańskim Świerczewie. Podobna, trudna do
nazwania atmosfera.
Często mówi się, że dobry portret to taki, który oprócz szeroko rozumianych walorów arystyczno/warsztatowych dość dobrze odzwierciedla osobowość osoby fotografowanej. Właśnie dlatego, zazwyczaj unikam fotografowania ludzi (nie ważne, czy na pierwszym, czy n-tym planie), których znam słabo. Po prostu "tego" nie czuję i wykręcam się wtedy prostym "nie potrafię" lub "mam kiepski film w aparacie, źle wyjdziesz".
Co jednak z portretem insenizowanym, ustawianym, przebieranym? Na ile jest on odbiciem czyjejś osobowości, charakteru, stylu bycia? Ile jest w tym wszystkim człowieka, a ile maskarady i bujdy? Czy pod "charakteryzacją oraz proszę spojrzeć w prawo, dobrać uśmiech numer pięć i unieść brodę do góry" nie jest ukrywane prawdziwe ludzkie oblicze? W tym wypadku, mamy do czynienia ze zdjęciem kukły. Człowiek, którym dyryguje fotograf sprowadzany jest do roli przedmiotu, formy.
Być może jest jednak tak, jak powiedział kiedyś W.Jagiełłowicz. Może nawet poprzebierane modelki za pomocą swej pozy, nawet nieświadomie pokazują to jakie chciałyby być. Zdjęcie wtedy coś wyraża, choć na dobrą sprawę każde o czymś mówi.
Choć miałem tego nie robić, postanowiłem chociaż na chwilę zostać kimś innym pod pretekstem wypróbowania "nowego starego" aparatu mieszkowego 6x6/6x4,5.
Postanowiłem go kupić ze względu na prymitywny, dość miękko rysujący obiektyw: Meyer-Optik Trioplan. Jak dla mnie, w dzisiejszej fotografii za dużo jest kalki, a za mało plastyki.
Bo w końcu, fotograficznie mogę robić co chcę. Fajnie określił to p. Henryk Król: "Oaza wolnośći".
P.S. Wszelkie podobieństwo do tow. generała jest całkowicie przypadkowe :)
Skan solarigrafii 24x30. Inwersja barw i stron dokonana za pomocą skanera.
Sprzątania kuchniociemni ciąg dalszy. Kiedyś chciałem sprawdzić, czy da się zrobić metodą solarigrafii barwną kopię stykową.
Naświetliłem arkusz (polietylen), wcisnąłem mięzdy kartki pierwszej, lepszej książki...i zapomniałem o sprawie na rok lub dwa. Nie wiem dlaczego z biegiem czasu nie odbiły się na tym litery.
Niemniej jednak, to bardzo ciekawa forma. Może ją kiedyś do czegoś wykorzystam, choć konieczność skanowania jakoś do mnie nie przemawia. Można jednak zrobić to inaczej: klawo byłoby powiesić kiedyś znikającą wystawę.
Gdyby dotyczyła np. przemijania, widz mógłby przez kilka dni (godzin?) obserwować ów proces będący zarazem swoistym spektaklem, happeningiem, czy zwykłym wydziwianiem. Tak czy inaczej, nadałoby to fotografii pewien dodatkowy "wymiar".
Zdjęcie znikające w czasie rzeczywistym. Taki antypolaroid.
Zawsze lubiłem zdjęcia żyjące swoim życiem: te podniszczone czy wyblakłe.
Oryginał (wydruk cyfrowy), gdzieś się zapodział. Póki co, to jedyna moja fotograficzna pamiątka z tamtego meczu (Zagłębie Lubin - Warta Poznań 13.05.2009).
Wygraliśmy wtedy 2:1. Pojechałem na mecz, wróciłem do domu 3 dni później.
To były nawet fajne czasy, bo kibicowski rozdział mojego życia jest już od dłużego czasu zamknięty.
W ramach sprzątania "pracowni" i eskperymentów (zapewne w sporej mierze inspirowanych ostatnią twórczością W.J), postanowiłem naświetlić na arkuszach niewiawdomego pochodzenia...salceson. To rzecz, która na dobrą sprawę dość mocno kojarzy mi się z moimi fotografiami, Oczywiście formalnie, ale czy tylko?
Przy okazji, wyszedłem najedzony tym "gastronomicznym überturpizmem" z ciemni.