środa, 3 lutego 2021

Wartość fotografii

 

Fotografia cyfrowa z kwietnia 2013 roku, wernisaż mojej wystawy "Orwografie z dzieciństwa". Autor: Lech Szymanowski.

Ostatnio podjąłem próby powolnego powrotu do fotografii, a ostatnie wydarzenia dały mi dodatkowo do myślenia. Są bowiem zdjęcia o których zupełnie nie pamiętamy do momentu, gdy nagle okażą się TYMI zdjęciami. Czasem wystarczy dosłownie chwila, by stały się one najważniejszymi, ulubionymi, czy nawet najcenniejszymi.

Zacząłem zastnawiać się nad tym, jaka jest właściwie wartość fotografii i co o niej stanowi. Wydaje mi się, że nie jest to kwestia  warsztatu, nazwiska autora, renomy wszystkich galerii, które zdjęcie zdołało przez lata zwiedzić. Jest to wartość pozorna, subiektywna i niezbyt miarodajna. To wartość fałszywa, którą próbuje się zawsze podpiąć pod zdjęcie.

Najważniejszą wartością fotografii zawsze będzie jej określona treść, która wywoła emocje i osobiste odczucia u osoby, która będzie ją oglądać. Żaden bowiem krytyk, znawca i kolekcjoner nie będzie mógł wmówić odbiorcy, że jego ulubione zdjęcie jest bezwartościowe w przypadku, gdy w rzeczywistości będzie ono dla kogoś bezcenne.

Teraz jestem już tego pewien. Nie należy słuchać żadnych recenzentów, krytyków i znawców. Słuchajcie przede wszystkim serca, także przy odbiorze sztuki, czy zwykłego dokumentu . Nie sugerujcie się, bo nie warto.

Niestety, bodżcem do napisania kilku zdań była śmierć tej uroczej kobiety ze zdjęcia. Babcia była drugą matką. Często podkreślałem, że jest ona najważniejszym gościem na moich wernisażach. Powodem by tak mówić jest to, że od samego początku mojej fotograficznej drogi wmawiała mi, że "hobby jest dla tych co mają pieniędze i czas". Nigdy nie miałem do niej o to pretensji, ponieważ zdawałem sobie doskonale sprawę  iż to kwestia wychowania w Związku Radzieckim. To wyglądało odrobinę inaczej niż u nas. Po dziś dzień wspominam, jak podczas wspólnego rozwiązywania krzyżówki tłumaczyłem jej, że Wołga, czy Ob nie są najdłuższymi rzekami na świecie.M.in tego uczono tam w szkołach. 

Babcia wysoko ceniła  pracę (a hobby traktowała jako luksus) i na każdym kroku dawała tego dowód zawstydzając, czy wręcz wprowadzając w osłupienie połowę otoczenia. Można powiedzieć, że pracowała do swoich ostatnich dni mając 90-lat. Była lekarką z powołania, nigdy nie odmawiała komuś porady, czy pomocy.  Pomagała ludziom będąc pod prywatnym telefonem, nawet w środku nocy.






Jej obecność w Domu Kultury ceniłem zatem bardzo, bo świadczyło to o tym, że zaczyna traktować moją fotograficzną ekstrawagancję poważnie. To było ważne, by czuć szacunek babci wobec tego, czym się zajmuję.


Żałuję tylko, że nie zdążyłem jej pożegnać i przeprosić za setki zmartwień i przykrości, które miała z mojego powodu - szczególnie w czasach, gdy każdy mój przyjazd do Wągrowca kończył się (prędzej czy później) jakimś wybrykiem, czy rozróbą. Ze względu na jej złote serce, wszystko uchodziło mi zawsze na sucho

Powyższy fragment gazety włożyłem jej do trumny. To jedyny sposób, gdzie potrafiłem powiedzieć jej "kocham".

Ukraina, lata 30-te, autor nieznany. Dziecko po prawej to właśnie babcia.

O jej sercu i wrażliwości świadczyło również to, że mimo swojego zamiłowania do kina, nie oglądała nigdy filmów bogatych w przemoc i nieszczęście. Masowo czytała też książki, ale nie sięgała już po te brutalne. Zawsze podkreślała, że naooglądała się zła podczas wielkiego głodu na Ukrainie w 1932-1933, czy II Wojny Światowej. O samej wojnie również nigdy nie opowiadała. Jedyną historią, którą się kiedykolwiek ze mną podzielła była relacja z końcowego okresu tego konfliktu. Pewnego wieczoru, dywizja samojezdnych wyrzutni rakietowych BM-13 "Katiusza" zmiotła na jej oczach z powierzchni ziemii sąsiednią wieś, w której rzekomo ukrywali się niemieccy kolaboranci (ROA?), czy żołnierze. Podobno trwało to minutę, a wszyscy dookoła modlili się, aby ich miejscowość również nie znalazła się w podejrzanym kręgu.

Nigdy więcej nie opowiadała o wojnie, nie naciskałem. Nie oglądałem z nią również starych, rodzinnych zdjęć, za tym również nie przepadała. Starsi ludzie zazwyczaj nie lubią patrzeć na pamiątki z czasów, gdy byli jeszcze piękni, młodzi i mieli wielu przyjaciół.



Dla mnie jednak, babcia zawsze była, jest i będzie piękną kobietą i jeszcze piękniejszym człowiekiem.

Związek Radziecki, lata 50-te. Prawdopodobnie 1954 rok (jedno z dwóch zdjęć ślubnych), fotograf nieznany.

"Gwardia" (bo tak wołała na nas na podwórku) zaczęła powoli się zjeżdzać. Przypilnowanie jej po raz ostatni to chyba najgorszy cios.

1 komentarz:

  1. Jędrzej, Twoja Babcia była kiedyś moją sąsiadką zza płotu. Znałam Ją i bardzo ceniłam. Z Twoją Mamą bawiłyśmy się razem na podwórku i niedawno po bardzo wielu latach udało nam się ponownie nawiązać kontakt. Tak się potwornie złożyło, że moja Mama zmarła dwa dni po Twojej Babci. Też bardzo żałuję - niewypowiedzianych słów, przekładanych spotkań, czasu bez Niej...
    Napisałeś piękne wspomnienie o Pani Wioletcie, na pewno była z Ciebie dumna, choć jak większość dorosłych ludzi czasami podchodziła do życia praktycznie, a może należałoby powiedzieć "życiowo". Trzymaj się fotografii, bo sztuka to wielki dar, który nadaje sens naszej krótkiej egzystencji na tym niedoskonałym świecie.

    OdpowiedzUsuń