Skanografia fragmentu "czegoś", format 35mm.
Fotografię często nazywamy
„uwiecznianiem”. Gdy wciskamy spust migawki, często jesteśmy
święcie przekonani o tym, że oto właśnie „zatrzymaliśmy czas w
kadrze”.
Pod wpływem pewnego znaleziska,
zacząłem poważnie się nad tym zastanawiać. Roznosząc dziś po
Luboniu ulotki, znalazłem na górce piasku kawałek...czegoś. Ów
coś prawdopodobnie zalegało pod ziemią przez kilka ładnych lat, a
możliwość ponownego ujrzenia światła dziennego zawdzięcza
dzięki pobliskim wykopom. Bez chwili zastanowienia, zabrałem „to”
ze sobą.
Po długim płukaniu okazało się, że
„jest” to fragment bajki do dziecięcego rzutnika „Ania”. Jej
bohaterem jest jakiś słoń, który wybrał się w podróż.
Postanowiłem uwierzyć napisom na słowo, bo słonia dawno już na
nim nie ma... Ewentualnie jest to awangardowy słoń na kwasie i należy go sobie wyobrazić.
Słoń zniknął. Umieszczenie go na
powyższym pozytywie nie zagwarantowało mu nieśmiertelności.
Został zniszczony przez ząb czasu i niekorzystne warunki
bio-fizyczno-chemiczne. To samo czeka nawet najstaranniej utrwalone
baryty, a w trwałość nośników zawierających zerojedynkowe
reprodukcje obrazów jakoś nie wierzę.
Nie ważne czy minie kilkanaście,
kilkadziesiąt czy kilka tysięcy lat. Każda fotografia kiedyś
zniknie, nawet ta trwalsza niż ze spiżu. To kwestia czasu: siły
której nikt nie jest w stanie pokonać. Dlatego nie wierzę
fotografom, którzy mowią o „uwiecznianiu”, czyl de facto
czynieniu rzeczy w pewnym sensie nieśmiertelnymi. To podstępny
skrót myślowy i uproszczenie zawierające w sobie dużą dawkę
utopizmu czy zwykłej naiwności.
Nie wierzę również w
to, że fotografia ma moc uśmiercania, co zdaniem kolegi Piotra Nowaka ma czasem miejsce przy zdjęciach portretowych. Rzecz jasna,
„śmierć” rozumiana jest tu jako pewna przenośnia, bo jak
inaczej nazwać można nieruchomą, w gruncie rzeczy martwą
podobiznę ludzką zamieszczoną na określonym nośniku? Czy portrecista jest panem życia i śmierci, gdy decyduje o (przynajmniej chwilowym) „uśmierceniu” swojego
modela? A może daje portretowanemu szanse na drugie, niekiedy
dłuższe życie? Czy ta mniej lub bardziej doskonała kalka ludzkiej
sylwetki nie jest w pewnym sensie kopią zapasową człowieka? Mój pogląd w tej sprawie
podsumowują portrety naszych przodków. Pamięć jest rzeczą wielce
zawodną, a wyciągnięte z rodzinnego albumu zdjęcie potrafi
całkiem skutecznie nam o kimś przypomnieć. Gdy trzymamy w dłoniach
czyjąś podobiznę, ożywiamy go w naszej pamięci chociaż na
chwilę. Fotografowanie nie boli, jest (w tym przypadku)
nieszkodliwe.
Oczywiście, jest to
zależne od kontekstu kulturowego. Portret swojego czasu wywoływał
paniczny lęk m.in. u Indian, którzy wierzyli w to, że fotograf za
pośrednictwem aparatu kradnie ich dusze. Choć osobiście nie
należę do ludzi, którym jest po drodze z metafizyką , to szanuję
ich pogląd i zgadzam się z tym, że człowiek bez duszy to człowiek
martwy. W rozumieniu Indian, potret oznacza duchową śmierć w
sensie dosłownym. Ciężko zatem znaleźć tu jakiś kompromis, choć
pewne pytania czasami lepiej pozostawić bez odpowiedzi. Wątpliwości
bywają twórcze, gdyż zmuszają do myślenia.
Fotografia może co najwyżej być
przedłużeniem pamięci, istnienia. Nigdy nie będzie idealną
formą życia wiecznego niezależnie od tego czy będzie to krajobraz
autorstwa Ansela Adamsa, rodzinny portret nieżyjącego dziadka
czy...historia rozdzióbanego przez kruki, wrony Słonia Babara.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz