poniedziałek, 2 grudnia 2013

Czas vs fotografia

Skanografia fragmentu "czegoś", format 35mm.

Fotografię często nazywamy „uwiecznianiem”. Gdy wciskamy spust migawki, często jesteśmy święcie przekonani o tym, że oto właśnie „zatrzymaliśmy czas w kadrze”.

Pod wpływem pewnego znaleziska, zacząłem poważnie się nad tym zastanawiać. Roznosząc dziś po Luboniu ulotki, znalazłem na górce piasku kawałek...czegoś. Ów coś prawdopodobnie zalegało pod ziemią przez kilka ładnych lat, a możliwość ponownego ujrzenia światła dziennego zawdzięcza dzięki pobliskim wykopom. Bez chwili zastanowienia, zabrałem „to” ze sobą.

Po długim płukaniu okazało się, że „jest” to  fragment bajki do dziecięcego rzutnika „Ania”. Jej bohaterem jest jakiś słoń, który wybrał się w podróż. Postanowiłem uwierzyć napisom na słowo, bo słonia dawno już na nim nie ma... Ewentualnie jest  to awangardowy słoń na kwasie i należy go sobie wyobrazić.

Słoń zniknął. Umieszczenie go na powyższym pozytywie nie zagwarantowało mu nieśmiertelności. Został zniszczony przez ząb czasu i niekorzystne warunki bio-fizyczno-chemiczne. To samo czeka nawet najstaranniej utrwalone baryty, a w trwałość nośników zawierających zerojedynkowe reprodukcje obrazów jakoś nie wierzę.

Nie ważne czy minie kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilka tysięcy lat. Każda fotografia kiedyś zniknie, nawet ta trwalsza niż ze spiżu. To kwestia czasu: siły której nikt nie jest w stanie pokonać. Dlatego nie wierzę fotografom, którzy mowią o „uwiecznianiu”, czyl de facto czynieniu rzeczy w pewnym sensie nieśmiertelnymi. To podstępny skrót myślowy i uproszczenie zawierające w sobie dużą dawkę utopizmu czy  zwykłej naiwności.

  Nie wierzę również w to, że fotografia ma moc uśmiercania, co zdaniem kolegi Piotra Nowaka ma czasem miejsce przy zdjęciach portretowych. Rzecz jasna, „śmierć” rozumiana jest tu jako pewna przenośnia, bo jak inaczej nazwać  można nieruchomą, w gruncie rzeczy martwą podobiznę ludzką zamieszczoną na określonym nośniku? Czy portrecista jest panem życia i śmierci, gdy decyduje o (przynajmniej chwilowym) „uśmierceniu” swojego modela? A może daje portretowanemu szanse na drugie, niekiedy dłuższe życie? Czy ta mniej lub bardziej doskonała kalka ludzkiej sylwetki nie jest w pewnym sensie kopią zapasową człowieka? Mój pogląd w tej sprawie podsumowują portrety naszych przodków. Pamięć jest rzeczą wielce zawodną, a wyciągnięte z rodzinnego albumu zdjęcie potrafi całkiem skutecznie nam o kimś przypomnieć. Gdy trzymamy w dłoniach czyjąś podobiznę, ożywiamy go w naszej pamięci chociaż na chwilę. Fotografowanie nie boli, jest (w tym przypadku) nieszkodliwe.

Oczywiście, jest to zależne od kontekstu kulturowego. Portret swojego czasu wywoływał paniczny lęk m.in. u Indian, którzy wierzyli w to, że fotograf za pośrednictwem aparatu kradnie ich dusze. Choć osobiście nie należę do ludzi, którym jest po drodze z metafizyką , to szanuję ich pogląd i zgadzam się z tym, że człowiek bez duszy to człowiek martwy. W rozumieniu Indian, potret oznacza duchową śmierć w sensie dosłownym. Ciężko zatem znaleźć tu jakiś kompromis, choć pewne pytania czasami lepiej pozostawić bez odpowiedzi. Wątpliwości bywają twórcze, gdyż zmuszają do myślenia.

Fotografia może co najwyżej być przedłużeniem pamięci, istnienia. Nigdy nie będzie idealną formą życia wiecznego niezależnie od tego czy będzie to krajobraz autorstwa Ansela Adamsa, rodzinny portret nieżyjącego dziadka czy...historia rozdzióbanego przez kruki, wrony Słonia Babara.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz