wtorek, 30 maja 2017

Fotografia turystyczna - Gliwice



 Skany odbitek 15x20cm na papierze Fotonbrom. Ilford Pan 400, Hydrofen, Eukobrom.

Jak na turystę przystało zrobiłem tego dnia sporo zdjęć. Dwa.

Niesamowicie cenię Ślązaków (jako mieszkańców Śląska, bez podziału na „Hanysów” i „Goroli”) za ich mocne akcentowanie (na tak dużą skalę) swojej, odrębnej tożsamości, pochodzenia, tradycji i kultury wobec popkultorwej sieczki. Żałuję, że nie liczyłem ile razy w ciągu 3 dni usłyszałem słowa „bo u nas”, „nasze”, „po naszemu”. Coś pięknego. Nawet, gdy niejednokrotnie padło „Bo Wy tam w Polsce”.

Różnorodny świat jest znacznie ciekawszy. Po prostu chce się go poznawać. Oczywiście, nie chodzi mi o poznawanie „egzotyki”, a o ten typ podróży, które kształci i poszerza horyzonty.
Może i byłem tam zaledwie 3 dni, ale trochę zobaczyłem...i nie chodzi tu o zwykłe patrzenie związane ze zwiedzaniem. Oprowadzający mnie po Śląsku gospodarze co prawda spodziewali się, że będę masowo pstrykał odrapane familoki, zamknięte szyby i postępujący upadek wielkiego przemysłu, ale ku ich zdziwieniu – chowałem wtedy aparat głęboko do torby. To nie jest Śląsk, który mnie zachwyca i który chciałbym fotografować. Komin walącej się (?) huty w centrum Gliwic musi poczekać na innego fotografującego.

Jestem jednak pewien jednego. Mimo likwidacji sporej części ciężkiego przemysłu, region całkowicie nie zatracił swojego „klimatu”. Przechadzając się uliczkami Gliwic, czy Siemianowic Śląskich wyraźnie czułem historię, która razem z sadzą głęboko wsiąknęła w czerwone cegły budynków. Nie byłem w stanie poczuć tego w żadnym miejscu Polski. Ta jest dla mnie „na jedno kopyto” - jedno miasto przypomina mi drugie...trzecie, czwarte i sto pięćdziesiąte. Ronda, markety, brak charakterystycznych punktów kojarzonych z daną mieściną (np. Tonsilu we Wrześni, czy Fotonu w Bydgoszczy).

W „moim” Poznaniu nie słychać zbytnio gwary poza oklepaną „pyrą”, „wuchtą” i „wiarą”. Nie ma tu gwary takiej, którą stosuje się odruchowo i nieświadomie podczas rozmowy. Regionalizmy wielkopolskie używane są zazwyczaj celowo, w celu podkreślenia wypowiedzi lub nadaniu jej lekko żartobliwego charakteru. Na Śląsku po prostu się godo. Lokalne słowa wplatane są (w mniejszej lub większej ilości) w wypowiedź jako coś zupełnie naturalnego. To czuć. U prawie każdego, z kim było mi tam dane porozmawiać.

Bardzo cenię sobie taką odmienność językową. Kojarzona z kiepskim kabaretem, czy biesiadą, ślonsko godko jest piękna. Na tyle, że od paru miesięcy staram się jej uczyć. Wiele słów i zwrotów weszło do mojego codziennego słownika. Jako człowiek bezdomny swym niespokojnym duchem, przyswajam różne zwyczaje językowe i obce mi słowa.






Jak zawsze, warto posłuchać.

1 komentarz:

  1. Dobrze Synek godosz :-) Muszymy dbać o swoj hajmat i kultura.

    OdpowiedzUsuń