Skany odbitek 15x20cm na papierze Fotonbrom. Ilford Pan 400, Hydrofen, Eukobrom.
Jak na turystę
przystało zrobiłem tego dnia sporo zdjęć. Dwa.
Niesamowicie cenię
Ślązaków (jako mieszkańców Śląska, bez podziału na „Hanysów”
i „Goroli”) za ich mocne akcentowanie (na tak dużą skalę)
swojej, odrębnej tożsamości, pochodzenia, tradycji i kultury wobec
popkultorwej sieczki. Żałuję, że nie liczyłem ile razy w ciągu
3 dni usłyszałem słowa „bo u nas”, „nasze”, „po
naszemu”. Coś pięknego. Nawet, gdy niejednokrotnie padło „Bo
Wy tam w Polsce”.
Różnorodny świat
jest znacznie ciekawszy. Po prostu chce się go poznawać.
Oczywiście, nie chodzi mi o poznawanie „egzotyki”, a o ten typ
podróży, które kształci i poszerza horyzonty.
Może i byłem tam
zaledwie 3 dni, ale trochę zobaczyłem...i nie chodzi tu o zwykłe
patrzenie związane ze zwiedzaniem. Oprowadzający mnie po Śląsku
gospodarze co prawda spodziewali się, że będę masowo pstrykał
odrapane familoki, zamknięte szyby i postępujący upadek wielkiego
przemysłu, ale ku ich zdziwieniu – chowałem wtedy aparat głęboko
do torby. To nie jest Śląsk, który mnie zachwyca i który
chciałbym fotografować. Komin walącej się (?) huty w centrum
Gliwic musi poczekać na innego fotografującego.
Jestem jednak pewien
jednego. Mimo likwidacji sporej części ciężkiego przemysłu,
region całkowicie nie zatracił swojego „klimatu”. Przechadzając
się uliczkami Gliwic, czy Siemianowic Śląskich wyraźnie czułem
historię, która razem z sadzą głęboko wsiąknęła w czerwone
cegły budynków. Nie byłem w stanie poczuć tego w żadnym miejscu
Polski. Ta jest dla mnie „na jedno kopyto” - jedno miasto
przypomina mi drugie...trzecie, czwarte i sto pięćdziesiąte.
Ronda, markety, brak charakterystycznych punktów kojarzonych z daną
mieściną (np. Tonsilu we Wrześni, czy Fotonu w Bydgoszczy).
W „moim”
Poznaniu nie słychać zbytnio gwary poza oklepaną „pyrą”,
„wuchtą” i „wiarą”. Nie ma tu gwary takiej, którą stosuje
się odruchowo i nieświadomie podczas rozmowy. Regionalizmy
wielkopolskie używane są zazwyczaj celowo, w celu podkreślenia
wypowiedzi lub nadaniu jej lekko żartobliwego charakteru. Na Śląsku
po prostu się godo. Lokalne słowa wplatane są (w mniejszej lub
większej ilości) w wypowiedź jako coś zupełnie naturalnego. To
czuć. U prawie każdego, z kim było mi tam dane porozmawiać.
Bardzo cenię sobie
taką odmienność językową. Kojarzona z kiepskim kabaretem, czy
biesiadą, ślonsko godko jest piękna. Na tyle, że od paru miesięcy
staram się jej uczyć. Wiele słów i zwrotów weszło do mojego
codziennego słownika. Jako człowiek bezdomny swym niespokojnym
duchem, przyswajam różne zwyczaje językowe i obce mi słowa.
Jak zawsze, warto
posłuchać.


Dobrze Synek godosz :-) Muszymy dbać o swoj hajmat i kultura.
OdpowiedzUsuń