Zdjęcia robione nieświadomie, mogą z czasem nabrać wartości historycznej - nawet jeśli skalę jej opowieści można określić jako "mikro".
Tego konkretnego zdjęcia (lub negatywu, który by go zawierał) szukałem kilka lat. Na pierwszy rzut oka, jest to zwykłe zdjęcie nastolatka, który sfotografował się przy logu niestniejącej już od 1994 roku firmy Commodore. Jest tu jednak coś więcej.niż sympatia do marki, czy sentyment.
Tomark jest bowiem częścią historii z czasów przed wejściem w życie znowelizowanej ustawy o prawach autorskich z 1997 roku. Oczywiście, po zmianach prawnych studio zamknięto, ale napis zdobił mur jeszcze przez jakieś 10 lat. Ustawa dotyczyła również zjawiska tzw. piractwa komputerowego. Póki nasze przepisy nie były precyzyjne, to było ono de facto legalne.
Przykładem tego niech będzie fakt, że nawet rozgłośnie radiowe nadawały swojego czasu za pomocą eteru różne programy dla komputerów korzystających z kaset magnetofonowych (Commodore, Atari, ZX Spectrum itd), jako nośnika danych. Wystarczyło podłączyć magnetofon do radioodbiornika i nagrać odpowiedni fragment audycji .Dla niezorientowanych: te szumy i trzaski to zera i jedynki.
Był to czas giełd komputerowych i (nazywanych tak odrobinę na wyrost) "studiów komputerowych", gdzie za pewną opłatą można było kopiować pirackie gry. Takie miejsce istniało również w moim rodzinnym Wągrowcu. Co ciekawe, budynek studia miał nawet wspólny mur z jakimś miejskim urzędem. Wszyscy doskonale wiedzieli, czym jest kradzione oprogramowanie, ale nikt nie mógł z tym nic zrobić. Przed 1997 rokiem, jedyną metodą walki z piractwem był jego bojkot i ostracyzm ze strony bardziej świadomych użytkowników komputera.
W Tomarku byłem sporadycznym bywalcem mając 8-9 lat, ale doskonale pamiętam skrajnie ciasny pokój, kolorowe katalogi z opisami gier oraz uwagami, na jakim modelu Amigi możemy uruchomić dany tytuł. Wystarczyło zapłacić (1.50zł za jedną, skopiowaną dyskietkę) i poczekać, aż pirat siedzący przy ekstremalnie rozbudowanej Amidze 1200 (chyba wówczas najmocniejszej w całym Wągrowcu?) zrobi co trzeba. Gdy roboty było więcej, można było liczyć na darmową herbatę serwowaną przez mamę właściciela. Troska o klienta.
Dziś już takich miejsc nie ma, ale czasem warto przypomnieć nawet i "małą historię".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz