czwartek, 12 lutego 2015

Upadek


Samsungografia.


Coraz skromiejsza ilościowo twórczość fotograficzna (przynajmniej ta, którą się dzielę) nie sprawia, że jestem nieaktywny na polu ogólnofotograficznym.

Jakiś czas temu podarowano mi pod choinkę nowy telefon komórkowy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jest on wyposażony w elektroniczne urządzenie zapisujące znajdujący się przed nim obraz do postaci zer i jedynek. Zwiemy to po po prostu aparatem cyfrowym. Cóż. Postęp dopada nawet takich retro-ortodoksów jak ja. Trzeba się przyzwyczajać, choć np. z wygryzieniem Amigi przez gówniane „klony” z chipami Intela nie pogodzę się nigdy.

W pewnym momencie pojawił się więc dylemat. Do tej pory, wszelkie zdjęcia o charakterze „dokumentacyjnym” wykonywałem aparatem Zorki 1. To bardzo ważny dla mnie aparat. Został przywieziony do Polski w 1956 roku (kilka dni po 28 czerwca) przez moją babcię, Ukrainkę. Od tego czasu uwieczniał wszystkie ważne, rodzinne wydarzenia. To było jego jedyne zadanie.

A teraz...jego rolę przejmuje powoli nowy telefon. W chwili obecnej nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Niby jest to rozwiązanie wygodne, szybkie i tanie (nie trzeba kupować negatywu/slajdu), ale średnio jestem do niego przekonany. Znajomi, którzy widzą mnie z tym urządzeniem w ręce (pozdrawiam Krzysztofie) również.

Nie  o tym chciałem jednak napisać.

Aparat może mieć dziś każdy. Internet codziennie zalewany jest tysiącami (setkami tysięcy?) różnych obrazów. Jedne są lepsze, inne gorsze. Każdy może być fotografem, każdy może założyć na facebooku stronę „Jan Kowalski Photography” i zamieścić ją w rubryce „Artysta”. Każdy może założyć bloga takiego jak ten, by móc publikować na nim cokolwiek. Nikt nikomu nie zabroni. I bardzo dobrze. Egalitaryzm jest dla mnie czymś  w gruncie rzeczy pozytywnym. Elitaryzm  kojarzy mi się ze snobizmem, wywyższaniem się i chamstwem, czyli rzeczami, których po prostu nie znoszę.

Jest jednak coś, co mnie w tym wszystkim martwi. Jakieś dwa lata temu wspólnie ze Świetlicą odwiedziliśmy pewien poznański salon fotograficzny. Nie ważne w jakim celu. Ważne jest to, co wisiało na ścianie. Piękny, przedwojenny portret w formacie 50x70 (lub nawet większym). Sepiowy, wysuszony na blachę i należycie utrwalony baryt. Fantastyczny kadr, genialnie uchwycony moment, wiernie oddane emocje. Ludzie jak żywi, a robota po prostu mistrzowska. Obok wisiały współczesne zdjęcia wykonane przez obecnego właściciela studia. Można o nich powiedzieć tyle, że były ładne. Nic więcej. Fajne foty słodkich bobasów, czy uśmiechniętych dzieciaków idących do pierwszej komunii.

Boguś Biegowski, który był wtedy z nami, skomentował to krótko: „ale fotografia nisko dziś upadła.”. Wówczas nie wiedziałem o co mu dokładnie chodziło. Teraz już wiem.

Fotografia była kiedyś bardzo szanowanym medium. Nie była czymś powszechnie dostępnym, szczególnie w czasach, gdy „raczkowała”. Fotograf miał w sobie coś z magika, choć wydaje mi się, że bardziej odpowiednie byłoby tu przyrównanie go do alchemika – balansującego na pograniczu świata nauki i kuglarstwa mędrca, który w niezrozumiały dla reszty ludzkości sposób utrwalał obraz za pomocą prymitywnych wówczas technologii. Z pewnością nie mógł się tym zająć każdy. Wiedza nie była jedyną barierą. Były nią także koszty. Fotografowaniem (nie tylko zawodowym, ale hobbystycznym także) zajmowały się głównie osoby zamożne i/lub wpływowe.

Swoistej rewolucji dokonał w 1wszej połowie XX-wieku Kodak. Tanie aparaty typu box zaczęły popularyzować fotografię wśród ludzkości. Dzięki prostocie konstrukcji/obsługi i zastosowaniu w nich wygodnych błon zwojowych, typowy John Smith mógł uwieczniać ważne dla niego wydarzenia. Wywołaniem zajmowali się później dysponujący drogim sprzętem specjaliści, więc przeciętny szarak mógł skupić się na obrazowaniu.

Mimo rosnącej popularności, fotografia wciąż cieszyła się szacunkiem. Odbitki trzymano w albumach lub estetycznych ramkach. Fotografowano od święta i raczej nie było ujęć przypadkowych, robionych dla zabawy. Fotografia kosztowała i wymagała elementarnej wiedzy z jej zakresu. Należało kupić film, zapłacić za wywołanie i czekać aż laborant zrobi nam kopie. Zdjęcia były cennymi pamiątkami i przykładano się do szeroko rozumianego rzemiosła przy ich robieniu.

Dziś, widok wydruku w antyramie (lub przyklejonego taśmą klejącą do ściany) nikogo nie dziwi. Nie dziwi również to, co na tych zdjęciach się znajduje. Selfie w brudnym lustrze? Żadna nowość. Chwalenie się nowo zakupionym ciuszkiem/gadżetem na fejsie? Norma. Fota „zmęczonych siatek”  na na stronie typu „Spotted...”? Codzienność. Fajna mina ukochanego pupila? Przecież każdy kliknie „lubię to” pod zdjęciem kotka.

Tak samo jak pod powyższą fotą, która sprowokowała mnie do napisania powyższego. Postanowiłem zrobić pewną prowokację. Sfotografowałem swój swojski obiad i umieściłem go na pewnym portalu społecznośćiowym. Celowo posłużyłem się telefonem komórkowym. Gdybym zrobił to na filmie, ludzie zapewne zaczęliby podejrzewać, że coś jest na rzeczy.

Okazało się, że w ciągu trzech dni obiad pobił rekordy popularności....a przecież to tylko zwykła, ociekająca tłuszczem „śląska” walnięta na kupę niedosmażonej cebuli...

Wielu znajomych „lubi to”. Lubi tego typu zdjęcia. Chyba nisko to wszystko upadło, skoro można sfotografować dziś tłustą kiszkę i spotkać się z taką aprobatą.

Bo jak inaczej to rozumieć?

10 komentarzy:

  1. Raczej wzajemna adoracja. Klikają sobie lajki nawzajem i mają wszyscy razem poczucie, że "robią sztukę". Złudne poczucie, takie opium. Fotografii zalewają nas tony, producenci sprzętu jakoś muszą ludziom wmówić, że do fotografowania rodzinnych wakacji muszą mieć sprzęt wartości czterech i więcej wypłat. Że wtedy będą robić, wrzucać i zbierać pochwały. I tak to się kręci. Imię Nazwisko Photography - i już żeś artysta...
    Ale są też tacy, którzy potrafią nienajnowszą komórką zrobić taki kadr, że czeka się z niecierpliwością na kolejny. I to nieraz długo się czeka.
    Po przeczytaniu Twojego tekstu przyjrzałem się raz jeszcze zdjęciu. I rzeczywiście, cebula jest niedosmażona... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Komórka jest tylko narzędziem, które obsługuje człowiek. Można nią robić naprawdę dobre rzeczy, czego najlepszym przykladem jest
      zdjęcie, które swojego czasu wygrało World Press Photo. Nie jestem też wrogiem cyfry jako takiej, bo jestem zdania, że tego typu technologia jest zbawieniem np. dla reporterów, którzy muszą mieć materiał "na wczoraj".

      Chodziło mi jednak o ogólny trend, któremu towarzyszy kilka dziwnych zwyczajów. Przy tak łatwym dostępie do aparatów cyfrowych i praktycznie zerowych kosztach ich użytkowania fotografujemy ("my" jako ludzkość) co
      popadnie, w tym wszelkiej maści obiadki, które trafiają potem na facebooka. Gdy coś nie wyjdzie - robimy 10 kolejnych ujęć i wybieramy te
      najbardziej udane. To nic, że w 99% przypadków, tego typu zdjęcia nie doczekają się później materialnej formy w postaci wydruku. Ważne, że
      coś zostało uwiecznione, choć prędzej czypoźniej i tak zawieruszy się na dysku komputera. Pstrykanie byle czego i nie wiadomo po co.

      Fotografia/obrazowanie przychodzi nam dziś za łatwo i może dlatego nie szanujemy jej jako nośnika.

      A kółka wzajemnej adoracji były, są i będą wszędzie. Jakiś czas temu pewien jegomość próbował mi wmówić, że nie potrafię dobrze wywołąć filmu. Zdjęć oczywiście żadnych nie widział, ale jego głównym (i jedynym) argumentem było to, że jako plebs robię "na mikrofilmie", a on wszystko wie najlepiej, bo ma aparat 4x5 cala.

      Gdzieś musi po prostu być zdrowy rozsądek i szacunek do drugiego - to jedyna rada.

      Z kolei reszta zdjęć z gatunku "lajkozbieraczy" jest chyba tylko po to by się dowartościować. Współczesna popkultura nakazuje nam być zawsze ładnym, fajnym i na czasie. Po zamieszczeniu foty i przeczytaniu paru komplementów od razu tak jakoś lepiej, ma się złudne poczucie, że nadążamy za światem i ludzie nas lubią. To chyba też byłby temat na dłuższy wywód :)

      Pozdrawiam!

      P.S. A niedosmażona cebula smakuje najlepiej ;)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Wiedziałem co kryje się za tym linkiem bez jego otwierania - przeczucie mnie nie myliło :)

      Usuń
  3. Ślonsko Lubia to :-) Jadam podobnie ale ja do tego dowalam sporo musztardy i sznita chleba.
    Tak poza tym to najpewniej będę w Poznaniu w połowie marca. Będę tam chyba 2 dni więc po szkoleniu będę musiał jakoś zabić czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli można spróbować się gdzieś ustawić. Mam nadzieję, że tym razem się uda.

      P.S. A któż ślonskiej nie lubi? Chyba tylko wegetarianin... ;) Sądząc po ilości odwiedzin strony, nawet tu bije rekordy popularności. Nie przypuszczałbym, że uda mi się tak skutecznie potrollować wszystkich kiełbasą... :)

      Usuń
    2. Jak coś to przywiozę troszkę filmu małoobrazkowego fotonu. Przeterminowany ok 40lat. Ja nie umiem dać sobie rade z jego zadymieniem to nawinę tobie z 10 rolek. Pewnie coś z tego zrobisz. Jak coś to pisz na maila damgan85(małpiszon)gmail.com

      Usuń
    3. Myślę, że 2-3 rolki spokojnie wystarczą w ramach ćwiczeń formalnych :) 10ciu raczej nie dam rady przerobić do jesieni...

      Tym razem się odezwę ;)

      Usuń
  4. Zastanawiam się czy pojawienie się filmu zwojowego nie było oznaką upadku fotografii dla artystów i rzemieślników z końca XIXw...a mały obrazek??? toż to dopust Boży...Wynalazek kamery był miał spowodować koniec teatru itd.
    Myślę że Twój problem jest natury czysto filozoficznej :)
    W końcu aparat to tylko narzędzie, a fotografia srebrowa to tylko jedna z form.
    Ani lepsza ani gorsza.
    Ostatnio marek Poźniak pokazywał mi prace robione zdaje się że na naturalnym asfalcie… no fajnie.
    Tylko co dalej?
    Zresztą być może jest tak że dzisiejsza klasyka jest wczorajszą awangardą ;)
    Wracając do smartfonu… niech tam sobie ludzie robią co chcą, to taki moment..w historii.
    Zresztą jest to większy problem dla producentów aparatów niż ich użytkowników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Rafale. Choć dyskutowaliśmy o tym prywatnie za pośrednictwem faceboka, to odpiszę Tobie także tutaj. Może ta dyskusja będzie dla kogoś (potencjalnego czytelnika ) potencjalnie twórcza.

      Otóż, radykalizm pt "Każdy aparat cyfrowy jest fe" już dawno mi przeszedł, czego przykładem niech będzie napisany przeze mnie tekst, gdzie pochylam się nad zdjęciem wykonanym telefonem komórkowym:

      http://fototekstura.pl/samoprzemoc-fotograficzna/

      W telegraficznym skrócie: rozbiega mi się tu przede wszystkim o to, że fotografia zbyt łatwo i zbyt bezboleśnie nam przychodzi, a stara prawda życiowa powiada, że nie szanujemy rzeczy, które nie wymagają od nas wysiłku i przychodzą nam zbyt łatwo. Kiedyś zdjęcia trzymano w albumie by się nie gniotły, dziś klei się taśmą do ściany. Kiedyś staranie dobierano kadry, dziś pstrykamy co popadnie: chociażby kiełbachę, albo wakacyjny pejzażyk z wyciągniętymi na pierwszym planie nogami. Elementarny brak szacunku do fotografii jako nośnika. To mnie po prostu bardzo boli, bo fotografia zajmuje w moim życiu bardzo szczególne, jest pewnym sacrum.

      Albo po prostu nie nadążam za zmianami społeczno-obyczajowymi jako konserwa mentalnie zafiksowana na latach 80/90.

      Pozdrawiam!



      Usuń