wtorek, 14 kwietnia 2015

Dębina - znów.

Odbitka 9x12 na papierze Fotonbrom. Negatyw Fotopan CD (przeterminowany o ok. 30 lat) potraktowany wywoływaczem Orwo-12 (5g Kbr na litr).

Ostatnio zastanawiałem się nad tym, czy warto wracać w miejsca, gdzie kiedyś upolowało się kadry. Otóż warto.

Drzewo, które chciałem jeszcze raz sfotografować zmieniło stan skupienia. Pewnie skończy jako opał na czyjejś działce.

Dziś coś jest, jutro już tego nie ma. Czasem szkoda, gdy coś tak znika. Czasem fajnie, gdy coś się pojawia.

Skan odbitki na papierze Fomabrom. Negatyw Orwo UN54, świeży.

Warto tworzyć. Cchociażby dla jednej osoby, która potrafi to docenić. Do dziś pamiętam koncert punkowców, którzy zagrali dla 3 osób. A nawet jeśli...zawsze mógłbym tworzyć dla siebie, choć do dziś pamiętam rozmowę z Witkiem Jagiełłowiczem (w 2011 roku?) odnośnie tworzenia do szuflady.

Potrzebę tworzenia mam od wielu lat. Jako ośmiolatek marzyłem o tworzeniu grafiki na komputerze Amiga i udzielaniu się na ogólnoświatowej demoscenie. Kolega z bloku wysyłał kiedyś swoje prace tzw. swapperom, czyli ludziom odpowiedzialnym za wymianę. W zamian dostawał komputerową twórczość innych. Dyskietki przychodziły ze wszystkich stron świata, a rekordem była przesyłka z Australii. Wągrowiec lat 90-tych aż huczał od plotek na temat Marcina. Wszyscy zazdrościli mu bycia kimś "światowym".

 Niestety, mój zestaw był na to odrobinę za słaby. Wszystko zaczęło się jednak od tego, konkretnego komputera. Dlatego tak często o nim wspominam. Zresztą, każdy kto miał styczność z tą kultową maszyną, ten doskonale wie o co chodzi.

Wystarczyło, że podczas poniższego eventu poczułem charakterystyczny zapach tego sprzętu. Dawna miłość odżyła w przeciągu kilku sekund. Może kiedyś uda mi się jeszcze wyczarować wymarzoną 600tkę lub wypasiony model 1200?

fot. Pewien Amigowiec ze Zgierza. Festiwal Dawnych Komputerów i Gier w Poznaniu. Grudzień 2014.

Potem były wiersze. Okropne, grafomańskie. Nie wiem czy jeszcze się jakieś zachowały. 

Próbowałem się jeszcze realizować w garażowym zespole rockowym. Niestety, (a może na szczęście?) zespoł rozpadł się po kilku próbach. Wszyscy stwierdziliśmy, że nie da się mnie słuchać jako wokalisty (podobno mój śpiew brzmi jak "ryk zarzynanego mamuta"), choć po moim odejściu, koledzy próbowali coś jeszcze grać jako formacja Punk Fiction.

Na pewno korzystali z napisanych przeze mnie tekstów, co już uważam za jakiś sukces. Jeden z nich doczekał się nawet wersji studyjnej, to cieszy najbardziej.

Teraz jest fotografia. Mniej lub bardziej udana. Moja.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz