niedziela, 23 sierpnia 2015

Pokusa

Próbka (+/-) 18x20cm  odbita z negatywu 9x12 na nieznanym papierze (prawdopodobnie jakiś miękki/specjalny Fomaspeed). Wycinek kadru +/- 30x40cm.

Niestety, puszka po orzeszkach nie zdała egzaminu. Światła LED-owej żarówki halogenowej nie da się rozproszyć bez sporej straty, która ciągnie za sobą także bardzo niski kontrast.

Idąc w ślady kolegi Yoonson`a, udało się cośtam zbudować z niepotrzebnej kopuły od powiększalnika Krokus 3 (odwróconej do góry nogami ze względu na potrzebne mi 18-cm średnicy), 12-watowej żarówki LED, drewnianej ramki z szybką (w ramach dodatkowego dyfuzora i ew. uchwytu do filtrów), kawałka sklejki, paru kątowników, pudełka na płyty DVD i dwóch kafelków obustronnie matowego pleksi. Jako miech posłużyła mi przedwojenna Trona-210 9x12, której oczywiście nie uszkodziłem. Wystarczy pozestawiać ze sobą poszczególne moduły i sprzęt jest gotowy do pracy.

Potrzeba matką wynalazku. Nareszcie zbudowałem coś, co działa. Jaki jest rezultat, każdy widzi, choć przydałby się trochę większy kontrast. Stary, dobry Fenal lub gęściej kryty negatyw powinien załatwić sprawę.

A resztę się po prostu dopracuje. Na pewno trzeba połączyć główny element z "półmiskiem" w którym znajduje się żarówka. Ten bowiem spada przy każdej wymianie negatywu. Rzep z pasmanterii rozwiąże problem.

Najwyżej zarzucę wędkę na głowicę barwną GFA i zrobię to od początku. 

Gdyby kogoś interesowały samoróbki:




Foty z fona.

Zaryzykuję stwierdzenie, że fotografia nękana jest przez "czasy powszechnych niedoborów" cyklicznie. Sinusoida braków ma swój początek w momencie, w którym pojawiła się sama fotografia. Gdy nie było wielkich koncernów i fabryk produkujących sprzęt, fotografowie nierzadko budowali podobne urządzenia na własny użytek. Ciekawa jest opowieść o kotach - światłomierzach, którą parę lat temu opowiadał mi Lech Szymanowski. Obserwujący ich źrenice fotograf mniej więcej wiedział jak ustalić ekspozycję. Wraz z rewolucją wywołaną przez Kodaka i pojawieniem się firm takich jak Agfa, Fuji, czy Carl Zeiss, problem wyraźnie zmalał. Rynek zapełnił się gotowymi produktami, które znacznie ułatwiły życie każdemu, kto zajmował się robieniem zdjęć chociażby amatorsko.

Później pojawił się sprzęt masowo produkowany przez firmy z całego świata. Było w czym wybierać. W przypadku powiększalników chociażby w czechosłowackiej Meopcie. Niestety, o Magnitarusie 10x15, czy Laborancie 9x12 mogę sobie tylko pomarzyć, bo nie produkują ich już od kilkudziesięciu lat.

W Polsce mieliśmy jeszcze socjalizm. Szybciej wyszłoby mi wyliczenie czego w nim nie brakowało, bo na dobrą sprawę nie było w nim niczego. Utopia Kononowicza. ŚP. Brat ojca wynosił ze szpitalnej pracowni RTG utrwalacz. Sorry, taki był klimat. Wychodzące w tym okresie podręczniki pełne były opisów różnych prowizorek, które można uskutecznić w domu by coś uzyskać. Jak nie powiększalnik, to gumki-recepturki wycinane ze starej dętki rowerowej. Nigdy bym na to nie wpadł.

Wraz z pojawieniem się techniki cyfrowej, wielu producentów wycofało się z dziedziny analogowej. Nie znam dziś żadnej firmy, która robiłaby powiększalniki do tego formatu.

I znów trzeba kombinować, choć obserwując rynek, widzę pewne ruchy w kierunku zapełnienia pewnej niszy/luki. Wystarczy spojrzeć na posunięcia firm takich jak (chociażby) Tetenal, Adox, czy Rollei. Mam nadzieję, że reaktywacja włoskiej Feranii też dojdzie do skutku. To jednak tylko chemia oraz materiały takie jak papier (choć o stałogradacyjne baryty coraz trudniej).

Kropla w morzu potrzeb. Jest na czym robić, ale nie ma czym robić. Rynek wtórny też nie jest z gumy.

Mimo wszystko...czyżby sinusoida znów biła w górę?

I na dobrą sprawę...czy naprawdę jest mi potrzebny fabryczny/markowy sprzęt? Mój ulubiony twórca, Julian Antoniszczak świetnie dawał sobie radę na własnych konstrukcjach. Często śmiał się, że nie przeżyłby na Zachodzie, bo mając wszystko podane na tacy z pewnością straciłby cały charakter swojej twórczości.

http://www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl/node/7301#.VdrK2bNb_rc

2 komentarze:

  1. o!

    ale ta żarówka ledowa to nie do końca dobry pomysł jest.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałem o tym na korexie :) Ta ledówa nie zapowiada się źle do stałogradacyjnych papierów, a staram się tylko takich używać. Mój dyżurny papiór to Fomabrom lub (z braku laku) Foton. Gdy sytuacja kiedyś mnie zmusi do używania filtrów to, zapoluję na jakąś zimniejszą, by żółć nie zaburzała ich działania. I tak (jak już filtruję) używam tylko 2ki i 3ki. LED był w tym przypadku tani, mocny i nie grzeje tak jak tradycyjna żarówa.

    Sam powiększalnik ciut zmodyfikowałem - pomontowałem dodatkowe uszczelki (dziad puszczał światło bokiem), a na filtry zrobiłem ramkę i wywaliłem je przed obiektyw. Dałem mu też roboczą nazwę - Hiacynt :)

    Na dniach kolejne próby! ;)

    OdpowiedzUsuń