Skan odbitki autorstwa Heinza Eberta.
Po raz drugi
zdecydowałem się na umieszczenie tu nieswojego zdjęcia, ale sprawę
uznałem za dość ważną.
Miałem to
szczęście, że udało mi się wejść w posiadanie jednej odbitki,
którą znalazłem walającą się na schodach podczas zdejmowania
wystawy. To chyba najcenniejsze kadry, które się na niej znalazły.
Oczywiście, nie mówię tu tylko o kwestii formalno-technicznej.
Zdjęcia zostały
porzucone, pozostawione same sobie. Odważny i zarazem genialny gest
autora. Nie każdy jednak potrafił to docenić – mam tu na myśli
ludzi, którzy uchodzą za znawców fotografii.
Bez chwili namysłu,
postanowiłem zabrać (a może ukraść?) jedyną odbitkę, która
została na podłodze. Sumienie nakazało ją ratować, choć była
dość mocno pomięta i brudna. Klej do tapet, którym była
zapaćkana (i tak już uszkodzona) emulsja, udało się tylko
częściowo usunąć pomimo paru godzin płukania i szorowania
wszystkiego wacikiem ze spirytusem. Miał iść na nalewkę, poszedł
na fotografię.
Nie było mi go
jednak szkoda. Fotografię czyta/robi się także sercem. Wydaje
mi się, że to właśnie ono było kluczem do całej ekspozycji,
która zawisła na te parę dni w Domu Fotografii.
No...może mi się
tylko wydaje, bo nie jestem ani wielkim znawcą fotografii, ani autorytetem (na szczęście!). W końcu „każdy może, prawda, krytykować”,
nie każdemu musi się podobać i „jeszcze się taki nie urodził,
co by każdemu dogodził”.
Autorytety
należy zwyczajnie pieprzyć.
Myślmy, czujmy i
patrzmy na świat samodzielnie. Z dumą powieszę tą zdobycz na
swojej ścianie. Jestem pełen uznania dla wielu lat twórczości
Heinza. Nigdy jeszcze nie widziałem ekspozycji, po której potrafiło
mnie zamurować w przeciągu sekundy. Po prostu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz