sobota, 28 listopada 2015

Ratujmy co się da.

Skan odbitki autorstwa Heinza Eberta.

Po raz drugi zdecydowałem się na umieszczenie tu nieswojego zdjęcia, ale sprawę uznałem za dość ważną.


Miałem to szczęście, że udało mi się wejść w posiadanie jednej odbitki, którą znalazłem walającą się na schodach podczas zdejmowania wystawy. To chyba najcenniejsze kadry, które się na niej znalazły. Oczywiście, nie mówię tu tylko o kwestii formalno-technicznej.

Zdjęcia zostały porzucone, pozostawione same sobie. Odważny i zarazem genialny gest autora. Nie każdy jednak potrafił to docenić – mam tu na myśli ludzi, którzy uchodzą za znawców fotografii.

Bez chwili namysłu, postanowiłem zabrać (a może ukraść?) jedyną odbitkę, która została na podłodze. Sumienie nakazało ją ratować, choć była dość mocno pomięta i brudna. Klej do tapet, którym była zapaćkana (i tak już uszkodzona) emulsja, udało się tylko częściowo usunąć pomimo paru godzin płukania i szorowania wszystkiego wacikiem ze spirytusem. Miał iść na nalewkę, poszedł na fotografię.

Nie było mi go jednak szkoda. Fotografię czyta/robi się także sercem. Wydaje mi się, że to właśnie ono było kluczem do całej ekspozycji, która zawisła na te parę dni w Domu Fotografii.

No...może mi się tylko wydaje, bo nie jestem ani wielkim znawcą fotografii, ani  autorytetem (na szczęście!). W końcu „każdy może, prawda, krytykować”, nie każdemu musi się podobać i „jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził”.

Autorytety należy zwyczajnie pieprzyć.

Myślmy, czujmy i patrzmy na świat samodzielnie. Z dumą powieszę tą zdobycz na swojej ścianie. Jestem pełen uznania dla wielu lat twórczości Heinza. Nigdy jeszcze nie widziałem ekspozycji, po której potrafiło mnie zamurować w przeciągu sekundy. Po prostu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz